Drodzy Opiekunowie!

Karmicie swoje koty naszym przepisem BARF. Ważycie mięso co do grama, kupujecie suplementy z certyfikatami, pilnujecie stosunku wapnia do fosforu. Wasz kot je lepiej niż większość społeczeństwa — w zasadzie je lepiej niż Wy.

A potem idziecie do sklepu zoologicznego i kupujecie pastę odkłaczającą dla kota, bo „kiciuś się kłaczy”.

Zanim wydacie te czterdzieści złotych, warto wiedzieć, co dokładnie kupujecie, kiedy to ma sens, a kiedy jest wydatkiem zamiast rozwiązania. I od razu uprzedzam: nie będzie to tekst o tym, że wszystkie pasty to trucizna, bo to nieprawda.


1. Pasta odkłaczająca dla kota – co jest w środku

Typowa pasta typu „malt” to ekstrakt słodowy, oleje, parafina lub wazelina oraz dodatki smakowe. Każdy z tych składników ma tam swoją rolę i warto ją znać.

Ekstrakt słodowy to węglowodany. W kilkucentymetrowym pasku pasty nie jest to ilość, która wywróci trawienie zdrowego kota do góry nogami — ale też nie jest to nic, czego kot potrzebuje. Przy codziennym podawaniu przez lata to regularny dodatek cukru do diety obligatoryjnego mięsożercy oraz, o czym niżej, kwestia przyzwyczajenia smakowego.

Parafina i wazelina to substancje niestrawne, które nie wchłaniają się z przewodu pokarmowego. Działają jako środek poślizgowy: otaczają masę włosową i ułatwiają jej przesuwanie. To działa i na tym polega mechanizm tych preparatów.

Problem pojawia się przy stosowaniu regularnym: substancje ropopochodne mogą upośledzać wchłanianie witamin rozpuszczalnych w tłuszczach — A, D, E i K. Nie dlatego, że „zaklejają kosmki jelitowe” jak impregnat — to obrazek efektowny, ale nieprawdziwy — tylko dlatego, że witaminy te rozpuszczają się w niestrawnym oleju i wraz z nim opuszczają organizm. Nieprzypadkowo część gotowych preparatów dla kotów ma w składzie dodane witaminy, właśnie po to, żeby to skompensować.

Wniosek nie brzmi więc „pasta to trucizna”, tylko: to jest środek doraźny, a nie codzienny dodatek do miski. Jeśli kot dostaje ją każdego dnia przez pół roku, coś innego wymaga naprawienia.

Ostrzeżenie, którego nie ma na opakowaniu

Skoro mowa o parafinie: nigdy nie podawajcie kotu czystej wazeliny kosmetycznej ani czystego oleju parafinowego, zwłaszcza strzykawką. Te substancje są bez smaku i bardzo śliskie, przez co nie wyzwalają prawidłowo odruchu połykania. Zachłyśnięcie kończy się zachłystowym zapaleniem płuc, które u kota bywa stanem zagrażającym życiu. Preparaty przeznaczone dla kotów mają smak i konsystencję dobraną tak, żeby kot je zlizał, a nie wciągnął — i to jest realna różnica między produktem weterynaryjnym a łyżką wazeliny z domowej apteczki.

2. Proszki odkłaczające — czyli za co się właściwie płaci

W typowym proszku „anti-hairball” znajdziecie najczęściej celulozę, drożdże i babkę płesznik.

Uczciwie: celuloza to nie oszustwo. Jest to błonnik nierozpuszczalny, stosowany także w weterynaryjnych dietach przeznaczonych do kontroli kłaczków, i ma swoje uzasadnienie — zwiększa objętość treści jelitowej i pomaga przesuwać włosy dalej. Nazywanie jej „zmielonym drewnem” jest efektowne, ale mniej więcej tak samo sensowne jak nazwanie oleju rzepakowego „wyciskanym chwastem”.

Rzecz w czym innym: za te same składniki płacicie kilkukrotnie więcej niż za ich odpowiedniki kupowane osobno. Drożdże macie już w przepisie BARF. Psyllium kosztuje grosze w sklepie zielarskim. W naszej mieszance jest też burak jako źródło błonnika. Jeśli więc kupujecie proszek, kupujecie przede wszystkim wygodę i opakowanie — co jest wyborem całkowicie dopuszczalnym, o ile jest wyborem świadomym.

3. Kwestia smaku

Koty jedzą te pasty chętnie, bo są słodkie i zawierają dodatki smakowe. Podawanie ich jako nagrody uczy kota, że jedzenie ma być intensywne w smaku, a potem miska ze zwykłym mięsem wypada blado. To nie jest zagrożenie zdrowotne, tylko problem wychowawczy — ale u kota wybrednego potrafi być kłopotliwy.

4. Co naprawdę zmniejsza problem kłaczków

Zacznijmy od rzeczy, o której w dyskusjach o pastach mówi się najmniej, a która działa najlepiej.

Wyczesywanie. Włos wyczesany szczotką nie trafi do żołądka. To jedyna metoda, która działa na przyczynę, a nie na skutek, a u rasy długowłosej w okresie linienia jest po prostu obowiązkiem. Kwadrans grzebienia tygodniowo robi więcej niż cała półka past.

Poza tym pomagają rzeczy, które w diecie surowej macie już z definicji:

  • Wysoka zawartość wody. Mieszanka mięsna to w znacznej części woda. Nawodniona treść jelitowa przesuwa się łatwiej niż sucha — to prosta fizyka, nie magia.

  • Tłuszcz w diecie. Tłuszcz pobudza wydzielanie żółci i wpływa na motorykę przewodu pokarmowego. Warto przy tym wiedzieć, że żółć nie jest „smarem do jelit” — jej rolą jest emulgowanie tłuszczu, czyli rozbijanie go na drobne kropelki, żeby enzymy mogły go strawić. Efekt dla pasażu jest pośredni, ale realny.

  • Błonnik. Burak, dynia, w razie potrzeby psyllium. Wiąże luźne włosy w masie kałowej i zwiększa jej objętość.

Czego natomiast nie będę już powtarzał, bo sprawdziłem i nie znalazłem podstaw: że lecytyna z żółtka jaja „nie pozwala kłakom zbijać się w gule”. Lecytyna jest emulgatorem tłuszczów, nie włosów. Żółtko w diecie ma sens z innych powodów.

5. Gdy kłaczek jednak sprawia problem

Zacznijmy od korekty przekonania, które powtarza się od lat: regularne wymiotowanie kłaczkami nie jest normą. Sporadyczny kłaczek, zwłaszcza w szczycie linienia, mieści się w granicach zwyczajności. Ale kot, który zwraca kłaczki co tydzień albo co dwa tygodnie, jest coraz częściej traktowany przez lekarzy jako pacjent z podejrzeniem choroby przewodu pokarmowego — nadwrażliwości pokarmowej, przewlekłego zapalenia jelit — a nie jako kot, który po prostu dużo się myje. Nawykowe sięganie po pastę potrafi wtedy odsunąć rozpoznanie o miesiące.

Doraźnie, u kota w dobrej formie ogólnej, można sięgnąć po odrobinę tłuszczu zwierzęcego — smalcu gęsiego lub kaczego. Ma tę przewagę nad parafiną, że jest pokarmem: zostanie strawiony i wchłonięty.

Uwaga na dawkę, bo tu łatwo przesadzić. Łyżeczka czystego tłuszczu to około 40 kcal, czyli mniej więcej jedna piąta dziennego zapotrzebowania przeciętnego kota — podana jednorazowo, w czystym tłuszczu. Skończy się to najpewniej biegunką, a przy regularnym powtarzaniu nadwagą. Mówimy o ilości na czubku łyżeczki, nie o łyżeczce, podanej raz, a nie codziennie. Ta metoda nie ma też za sobą badań — jest praktyką hodowlaną, nie zaleceniem klinicznym, i tak należy ją traktować.

Przy twardym, „kłaczastym” stolcu pomaga zwiększenie porcji błonnika: kisiel z siemienia lnianego albo psyllium. Warunek jest jeden i istotny: psyllium wymaga dobrego nawodnienia. Podane kotu, który mało pije, przy odwodnieniu potrafi zagęścić masy kałowe zamiast je rozluźnić i pogorszyć sprawę.

6. Kiedy odstawić domowe sposoby i jechać do lekarza

To najważniejszy akapit w całym tekście. Masa włosowa potrafi wywołać niedrożność przewodu pokarmowego, a niedrożność u kota jest stanem nagłym. Jedźcie do lekarza, nie czekając do rana, jeśli widzicie:

  • powtarzające się odruchy wymiotne bez efektu — kot próbuje zwrócić kłaczka i nic nie wychodzi,

  • wymioty utrzymujące się dłużej niż kilka godzin, zwłaszcza po każdym posiłku,

  • brak apetytu trwający ponad dobę,

  • brak stolca przez dwa dni lub bolesne parcie bez efektu,

  • apatię, ukrywanie się, bolesność brzucha.

W żadnej z tych sytuacji nie jest to moment na kolejną porcję tłuszczu, pasty czy błonnika. Podawanie środków przeczyszczających i pobudzających pasaż kotu z niedrożnością mechaniczną może pogorszyć jego stan.


Podsumowanie: pasta odkłaczająca dla kota nie jest trucizną i bywa przydatna doraźnie, zwłaszcza w gotowej postaci przeznaczonej dla kotów. Nie jest natomiast codziennym dodatkiem do miski, nie zastąpi grzebienia i nie naprawi problemu, który ma inną przyczynę. Zanim sięgniecie po tubkę, sięgnijcie po szczotkę — jest tańsza, działa lepiej i przy okazji Wasz kot dostaje kwadrans uwagi zamiast łyżeczki słodu.

Opracowanie ma charakter informacyjny i nie zastępuje badania weterynaryjnego. Rozpoznanie i decyzję o leczeniu podejmuje lekarz weterynarii na podstawie badania konkretnego zwierzęcia.

❮
❯